Diane Keaton była jedną z najbardziej inspirujących kobiet naszych czasów. Odważna we wszystkim, co robiła — od tego, jak się ubierała, przez to, że otwarcie mówiła o swojej chorobie (bulimii), po świadomą decyzję, że po przysłowiowym półmetku życia zaadoptuje dwoje dzieci.
Kiedy mnie samej stuknęła czterdziestka i coraz częściej zaprzątała głowę myśl, że jest ogromna szansa, iż „nie zdążę” urodzić swojego wymarzonego dziecka, historia Diane Keaton była jednym z tych najjaśniejszych świateł, których potrzebowałam, by nie zgasnąć.
By dodać sobie mocy.
By spróbować nadać swoim myślom pozytywny kierunek.
„Hej, zobacz, Diane zaadoptowała dzieci po pięćdziesiątce” — powtarzałam sobie.
W sytuacji każdej kobiety, która z całego serca pragnie dziecka, a z kalendarza patrzą na nią liczby, taka historia to jak balsam na serce. Jak bezcenne podniesienie na duchu. Jak zastrzyk mocy.
Pamiętam, jak ciarki przeszywały moje ciało, gdy w książce „Wciąż od nowa”, napisanej przez aktorkę, czytałam jej list do trzyletniej wówczas córeczki:
„…ludzie zazwyczaj podchodzą do mnie i pytają: ‘to twoja wnuczka?’. Przepraszam cię, Dexter, jestem matką w wieku babci. Wiem, że będzie to dla ciebie ciężarem. Ale może zdołasz obrócić ten fakt na swoją korzyść. Jestem pewna, że napotkasz na swojej drodze niemałe wyboje. Postaram się jednak nadążać za Twoim światopoglądem i obiecuję słuchać (…).
Jeśli dożyję słusznego wieku, kiedy nie będę już w stanie się o siebie zatroszczyć, zapewniam, że nie stanę się ciężarem. Będziesz miała swoją niezależność — taką samą, jaką dała mi moja matka.”
Diane Keaton była — i zawsze będzie — dla mnie i dla rzeszy kobiet, synonimem mocy.
Nie tej siłowej, ale tej, która płynie z delikatności, spokoju i mądrości – okraszonych najpiękniejszym hollywoodzkim uśmiechem.
Fruń, Diane. Inspiracjo moja. Fruń wysoko.
O książkach piszę także tutaj:
O pierwszym roku życia jako rodzic
O ponadczasowym przesłaniu książki „Kiosk”
O tym, jak Szwedzi delektują się życiem